Zbelutka
- legenda o powstaniu -
Włącz tryb pełnoekranowy – naciśnij klawisz F11
Działo się to tak dawno, że tylko najstarsze drzewa pamiętają. Ziemie dzisiejszej Zbelutki porastały wówczas gęste knieje, a podróż przez nie była równie niebezpieczna, jak i pełna cudów.
Biskup Zbylut z Gołańczy, mąż mądry, sprawiedliwy i pobożny, wędrował z misją po tych stronach. W orszaku wieziono skrzynie z księgami, kielichy z pozłacanym krzyżem i wota od ludu – dary przeznaczone dla nowo budowanych kościołów. Dzień był pogodny, droga równa, lecz powietrze gęstniało, jakby sam las wstrzymał oddech.
Gdy karawana dotarła do ciemniejszego odcinka puszczy, gdzie korony drzew splatały się niczym sklepienie świątyni, zza drzew wyskoczyła banda rabusiów. Mężczyźni uzbrojeni w siekiery i noże otoczyli wędrowców. Konie zarżały, słudzy pobledli, a biskupa obdarzono spojrzeniem, które nie znało litości.
Ale Zbylut nie cofnął się. W dłoni trzymał pastorał, a w piersi odważne serce. Zamiast krzyczeć czy błagać, rzekł spokojnie:
– Bracia… czym wam zawiniłem, że podnosicie na mnie rękę? Czyż nie wiecie, iż przelanie niewinnej krwi waży więcej niż skrzynia złota?
Złoczyńcy najpierw roześmiali się, lecz jeden z nich - ten, który trzymał nóż najbliżej piersi duchownego - spojrzał mu głęboko w oczy. Nie dostrzegł tam lęku – zobaczył łzy. Łzy nie ze strachu, lecz z troski. Troski o ich dusze.
Biskup dodał:
– Wasze ręce są brudne, ale serca… wciąż biją. Nie przyszliście tu po bogactwo. Przyszliście, choć sami o tym nie wiecie, po przebaczenie.
— My? Przebaczenie? – śmiech ponownie wstrząsnął drzewami.
— Wasze serca nie są z kamienia, tylko są zapomniane. Chcecie pamiętać?
I wtedy... zapadła cisza. Las umilkł, jakby sam chciał słuchać.
Zbylut opowiedział im o miłosierdziu, winie i przebaczeniu – o tym, że nawet najbardziej zagubiony może wrócić na ścieżkę Światła. Jego słowa były jak ogień: paliły wstydem, budziły sumienie, które dawno zamilkło.
Mężczyźni, którzy przyszli rabować, zaczęli opowiadać swoje grzechy, głosem drżącym, pękającym jak zamarznięte drzewo. Ich słowa były ciężkie, ale biskup nie oceniał. Biskup słuchał i modlił się.
Pod rozłożystą lipą, której konary niczym ramiona osłaniały miejsce tego spotkania, bandyci padli na kolana, zakrywając dłońmi płaczące twarze. I wtedy zdarzył się cud.
Z każdej łzy, która spadła na ziemię, rodziło się światło — małe, ciche, jasne. Najpierw migotało wśród liści, potem nabierało kształtu, aż zmieniało się w gołębia: białego, lekkiego, jakby ulepionego z modlitwy. Jeden po drugim wznosiły się ku niebu, zabierając ze sobą grzech za grzechem.
Gdy spowiedź dobiegła końca, biskup położył dłonie na barkach dawnych złoczyńców i powiedział:
– Niech to miejsce, w którym dusze zostały odmienione, stanie się miejscem Bożym. Tu wybuduję kościół. Tu, gdzie łzy zamieniają się w gołębie, niech zabije serce nowej wsi. A wy – już nie rabusie, lecz bracia – będziecie jej pierwszymi mieszkańcami.
I tak się stało.
W miejscu, gdzie dziś wznosi się kościół św. Doroty, wkrótce zbudowano świątynię. Wokół domy, pola i życie – czyste jak dusze nawróconych. Osadę nazwano od imienia fundatora: najpierw Zbylutka, a z czasem Zbelutka.
A stara lipa? Ona wciąż tam stoi. Jej konary – choć sędziwe i pokrzywione – pamiętają płacz grzeszników, który stał się pieśnią gołębi. Mówią, że jeśli przyjdziesz pod nią w cichy wieczór i położysz dłoń na korze, możesz poczuć drżenie. To echo tamtych łez i tamtej łaski. Bo to miejsce pamięta więcej niż mapa – pamięta cud przemiany.